W dwadzieścia minut można ugotować ryż, upiec migdałową kruszonkę albo przestać odkładać coś na później.

Ile razy zdarzyło Ci się, że miałeś ambitne plany, które spaliły na panewce szybciej niż pojawiły się w Twojej głowie?

Nic w tym dziwnego, bo wizja godzinnego biegania w warunkach, które niemal realnie poczujesz wyglądając teraz przez swoje okno, albo uczenia się języka przez czterdzieści minut, może przytłaczać.

Ale przy tym wszystkim nie ma czegoś takiego jak nie mam czasu. Wychodzę z założenia, że jeśli się chce, to zawsze znajdzie się czas, nawet w wersji mocno okrojonej.

Dlatego właśnie warto pamiętać o zasadzie dwudziestu minut.

Lepiej poświęcić na coś dwadzieścia minut, niż nie zrobić tego w ogóle.

Obiecałam sobie, że codziennie będę czytać książkę. Tylko że najczęściej wizja czytania o nieludzkiej godzinie mnie przytłacza, ale wtedy myślę sobie, że lepiej przeczytać dwie strony i ruszyć do przodu, niż stać w miejscu, a poza tym, przecież codziennie można znaleźć bardzo dobrze uzasadnioną wymówkę.

Postanowiłam też, że wrócę do fiszek z hiszpańskiego. Gdybym jednak powiedziała sobie – będę uczyć się godzinę dziennie, dobrze wiem, że nadszedłby pełen obowiązków dzień, w którym musiałabym pójść spać o wiele później niż zazwyczaj żeby wyrobić się ze wszystkimi swoimi planami, a bardzo tego nie chcę.

cwiczenia

Doszłam więc do prostego wniosku – lepiej dwadzieścia minut dziennie, niż nic. Lepiej dziesięć minut ćwiczeń dziennie niż pół roku zbierania się na porządny trening. Sprowadzając to do prozaicznego przykładu – chyba lepiej umyć tylko zęby, niż nie umyć się w ogóle, prawda?

Wizja dużej jednostki czasu poświęconej na konkretną czynność, zawsze nas przytłacza. Wydaje nam się, że zadanie będzie bardzo wymagające.

Kiedy dzielimy zadanie na małe części, szybciej dostrzegamy efekty, co mobilizuje nas do działania, a tym samym łatwiej nam wytrwać w naszym postanowieniu. 

Nie traktuj tego dosłownie. Dwadzieścia minut to przykład. To może być pięć minut czytania, trzy strony, cztery ćwiczenia czy pół godziny ćwiczeń.

Taka zasada bardzo pomogła mi we wprowadzeniu nowych nawyków. Ćwiczę dziesięć minut dziennie, dwadzieścia minut dziennie przeglądam fiszki, i codziennie w autobusie słucham przynajmniej jednego podcastu z angielskiego.

Czy zdarza mi się, że nawalam i wyłamuję się z moich założeń?

Jasne, bo jestem tylko człowiekiem, ale dzięki zasadzie dwudziestu minut łatwiej mi wrócić, bo powtarzam sobie, że przecież dziesięć minut ćwiczeń to na tyle mało, że spokojnie dam radę i trochę mi wstyd przed samą sobą, kiedy nie chce mi się zrobić takiego małego kroku.

Widzę też, że moje zadowolenie z samej siebie szybuje do góry dzięki temu, że mam poczucie rozwoju. Łatwiej zauważyć progres, kiedy robi się coś systematycznie, a łatwiej być systematycznym, kiedy ma się zachętę do działania, nawet jeśli pod postacią małego nakładu czasowego.

Bycie systematycznym jest o wiele ważniejsze niż bycie pracowitym. Może Ci się nie chcieć, ale jeśli poświęcisz na coś kilka minut, nawet małym nakładem pracy, z pewnością zrobisz zauważalny postęp.


Do jakiej czynności nie możesz się zabrać, a w jej wykonaniu mogłaby Ci pomóc Zasada dwudziestu minut? Dla mnie to zdecydowanie nauka hiszpańskiego! Będę wdzięczna, jeśli podzielisz się swoim pomysłem w komentarzu :).

  • Mateusz

    zmotywowalas mnie tym wpisem do powrotu do nauki niemieckiego, dzieki !! :)

  • Blue

    Brzmi super. Gdzieś czytałam wywiad z kobietą, która chciała schudnąć. Nie mogła zmotywować się do ćwiczeń aż w końcu ktoś poradził jej żeby codziennie zamiast siedzieć przed tv stała minute. Za dwa dni żeby postala dwie minuty. Potem żeby zrobiła pięć przysiadow, później 10 itd. Po trzech miesiącach poświęcala pół godziny na swój trening aż w końcu sama nie wiedziała kiedy poświęcala na swój trening godzinę i to z zupełna przyjemnością. Dla naszego organizmu małe kroczki są niezauważalne a tym sposobem pokonujemy nawet nie wiadomo kiedy swoje „niechcemisie”. Ah wiem co to za książka! „zjedz tę żabę”! Serdecznie polecam.

    • Muszę poszukać tej książki, bo strasznie mnie intryguje jak w prostu sposób można pozytywnie oszukiwać swój mózg. Wydaje mi się, że metoda małych kroczków sprawdza się u większości ludzi, choć wiem, że są tacy, którzy jak już się zbiorą, wolą pracować maratonami.

  • Nawet nie wiedziałam, że jest taka zasada, ale okazało się, że ją stosuję :) Zazwyczaj kiedy jestem już naprawdę zmęczona, ale wiem, że mam mnóstwo artykułów do napisania, robię chociaż research, żeby wiedzieć z jakich źródeł korzystać. Zresztą jest wiele nawyków, które buduję/budowałam w ten sposób :) Lubię mieć poczucie, że zrobiłam cokolwiek :)

    • Dokładnie, to poczucie, że zrobiło się cokolwiek, bardzo podbudowuje i motywuje do dalszego działania :). Poza tym, kiedy chociaż tknie się coś wieczorem, rano kolejnego dnia ogrom pracy jest jakby mniejszy ;).