Najchętniej zostałabym w łóżku cały dzień. – pojawiło się w mojej głowie rano.

Pojawiło się też kilka lat temu, w tym samym dniu, kiedy postanowiłam poszukać terapeuty.

Wiem, że mi nie wolno. Mogę się wylegiwać i czytać książkę, mogę oglądać Big Bang Theory, pić kakao, spać, ale absolutnie nie wolno mi leżeć z powodu tego, że nie mam siły na nic innego.

Taka myśl, choć sądzi, że zakrada się niepostrzeżenie i dawno uśpiła moją czujność, wyostrza wszystkie moje zmysły, włącza alarmy, stawia na równe nogi instynkt samozachowawczy.

To nie jest poradnik dla osób chorych na depresję. To jest mój sposób na radzenie sobie ze sobą, kiedy jestem o krok od przepaści ucieczki od życia pod kołdrę. Nie mam depresji, ale mam chwiejną osobowość.

Kiedy wpadam w solidny dołek, bardzo ciężko mi z niego wyjść, więc muszę solidnie dbać o to, żeby sama się w takie dołki nie wpędzać. Poza tym, teraz wiem o sobie to, czego nie wiedziałam, kiedy pierwszy raz zaległam w łóżku, więc mam wszystko, czego potrzebuję, żeby wstać.

Leżysz w wygrzanej jamie z kołdry, w której upchnąłeś wszystkie swoje lęki. Żegnasz i witasz tutaj swoje smutki, zasypiając się i budząc codziennie. Jest pokusa, żeby się poddać, zostać, nie myć zębów i nie przebierać piżamy. Jutro będzie jeszcze gorzej. Będziesz głodny, przez to słaby i dolegliwości psychiczne zaczną gonić fizyczne. Wstań.

Serio. Teraz mnie znienawidzisz, ale przyznasz rację. Zaczęłam rozglądać się po pokoju. Kąt parapetu, który od zawsze mnie denerwuje, ale sama nie wiem, co z nim zrobić. Półka, na której od kilkunastu miesięcy wszystko stoi dokładnie tak samo. Poszewka na poduszkę, której wybitnie nie lubię. Jak pomyślę sobie o tym, że trzeba coś z tym wszystkim zrobić, wpadam w paranoję i tym bardziej tracę ochotę na wstawanie. Ale teraz już wiem najważniejszą rzecz.

Możesz nic nie robić. Totalnie. To jest Twoje prawo. Ale jutro znowu o tym pomyślisz. Znowu się zirytujesz. Znowu zniechęcisz i znowu pomyślisz, że nie dajesz z niczym rady. We wtorek też. W środę, czwartek i piątek. Życie płynie, wiesz?

To, co gnębi Cię dzisiaj, będzie gnębiło i jutro, jeśli tylko sobie na to pozwolisz.

Znalazłam nowy cytat w notatniku z Bohaterem. Ustawiłam w nowym miejscu dinozaura. Zmieniłam miejsce kosmetykom o jakieś trzydzieści centymetrów. Trzydzieści, ale rzeczywistość nowa. Mała, lepsza zmiana. Wyprałam wełniane swetry, które wisiały nade mną w koszu do prania od tygodnia.

Przeczytałam cytat, który dał radę mnie zdemotywować, a potem ja dałam radę przypomnieć sobie, że nikt, żaden pisarz, nie zna najprawdziwszej prawdy i nie będzie moją wyrocznią. Czułam się tak, jakbym ubiła śmietanę widelcem.

Wiecie, załamujecie ręce, bo mikser zepsuty, a potem ta radość i niedowierzanie, że oto, mimo przeciwności losu, znaleźliście sprytny sposób, siły i bez niczyjej pomocy dzieło zostało dopełnione.

Może ktoś powie, Judyta, stuknij się w głowę, sukces to jest zarobić milion. Ale przecież na każdy duży sukces składa się stado małych, galopujących do celu sukcesików. A jak mam zarobić milion pod kołdrą i bez chęci do życia?

Nie powiem, że mój świat nagle rozbłysł milionami kolorów w HD, optymistyczne myśli zakopane gdzieś w nadmorskim piachu wróciły do mnie stopem, a kłaść się spać jest jakby lżej. Ale czuję, że mogę. Więcej niż te kilka lat temu. I choć czasy kiepskie, to mimo wszystko potrafię je przetrwać. Jak ziemniak. Mam w sobie więcej substancji zapasowych niż myślę.

  • Codzienne małe sukcesy są równie ważne jak te duże. Pomagają radzić sobie z codziennością. Duże sukcesy dają głównie euforię i dodają pewności siebie, ale bez małych codziennych sukcesów ciężko jest cieszyć się z życia ;)

    • Bez małych sukcesów czasem ciężko zacząć dzień ;)