Mam sporo jabłek: zielone, białe, czarne, srebrne. W stopniu niewyobrażalnym ułatwiają mi życie i w stopniu jakimś zaspokajają moją potrzebę posiadania.

Idę miastem w dizajnerskich szwedzkich butach, a gdzieś tam kilka równoległych ulic dalej chłopiec ciągnąc po chodniku workiem na kapcie, w rozpiętej kurtce, chociaż pogoda do tego nie zachęca, wraca do domu, w którym Mama nie czeka na niego z obiadem i pytaniem „co tam dzisiaj w szkole?”, bo śpi pijana po wczorajszej imprezie i dzisiejszym klinie.

Nie zrobi sobie nawet sam kanapki, bo w lodówce jedynym produktem oprócz światła jest  czteropak najtańszego piwa z Biedronki.

Nie umartwiam się nad sobą, bo mam tak dużo, kiedy inni wcale. I nie będę tutaj mówić o pomaganiu.

Odnoszę silne wrażenie, że nikt nas nigdy nie uczył wdzięczności. Pojawia się miejscami, ale trochę jako stały punkt o zapomnianym dla wszystkich znaczeniu. Przed Wigilią, gdzie między stygnącym barszczem a dziećmi krzyczącymi, że chcą już odpakowywać prezenty, jesteśmy wdzięczni za to, że mogliśmy się znowu spotkać przy jednym stole.

Rodzice nerwowo wykrzykują w naszą stronę i w nerwach frazesy o tym, że jesteśmy niewdzięczni i wyliczają za co powinniśmy wdzięczni być. Ale co z tą wdzięcznością na serio?

Porównywanie się do innych ludzi nie należy do najlepszych rozwiązań. Masz mało, możesz mieć jeszcze mniej, trzymasz w piwnicy smoka, który pilnuje worków ze złotem? Zawsze możesz mieć dwa smoki. Bez sensu odmawiać sobie czegoś, bo kogoś innego na to nie stać, nie tędy droga, nikomu to nie pomoże.

Z natury zawsze chcemy więcej. Z tego powodu, kiedy to, o czym jeszcze niedawno tylko marzyliśmy, znajduje się wreszcie w naszych rękach, szybko staje się dla nas stałą częścią krajobrazu. Koło się zamyka.

Jakkolwiek na to nie spojrzeć, rozterki odnośnie do tego, czy kupić nowy model, czy pozostać przy starym, są idiotyczne. Nie chodzi o to, żeby koniec końców go nie kupować, ale zobaczcie sami:

NOWY MODEL TELEFONU. Słodki jeżu, serio? Jestem trochę sama na siebie zła, że myślę o takich rzeczach. Mieć czy być to już nie głupie pytanie, z którego wszyscy się śmieją.

Jasne, że fajnie się jest, kiedy człowiek ma za co być. Kiedy może być z nowym iPhonem w kieszeni, w miłym mieszkaniu (z piekarnikiem nawet!), w piątek w Multikinie, kiedy płacisz za bilet bardzo chorą sumę pieniędzy. Tylko dlaczego jesteśmy tak bez namysłu? W tak perfekcyjnym porządku dziennym.

Trochę uwiera mnie to uczucie stale obecne w środku mojej głowy, że nie wyobrażam sobie żyć teraz bez nasionek chia w środkowej szufladzie i korektora pod oczy za trzydzieści złotych.

Przecież ludzie bez tego żyją, śmieją się, kochają, są nawet szczęśliwi, o zgrozo! I kiedy ja zastanawiam się, co by było, gdyby nasionek chia nie było, ktoś leży pod kolejną serią chemii i zastanawia się, kiedy wypadną mu włosy.

Zostawię telefon, zostawię nasionka i szwedzkie buty i korektor też. Ale chciałabym być trochę bardziej wdzięczna i trochę mocniej doceniać życie samo w sobie. Bo bez tego plastiku, bez eko produktów spożywczych i z widocznymi cieniami pod oczam dalej byłabym sobą i dalej miałabym za co dziękować.