Nadszedł nowy rok. Jak zwykle, z pierwszym stycznia, siłownie magicznie wypełniają się ludźmi, koszyki zdrową żywnością, a kalendarze listami rzeczy do zrobienia. Piszę to trochę z przekąsem, bo, wiecie, tak się utarło, że większość z nas składa sobie samym tego typu obietnice, po czym zwyczajne daje sobie z nimi spokój.

Skądś się to jednak wzięło. Moim zdaniem stąd, że nie znamy samych siebie. Narzucamy sobie cele do nas niedopasowane i bardzo, ale to bardzo ambitne. Nie dopuszczamy do siebie możliwości stopniowych zmian. Rewolucja, nie ewolucja!

Popatrzcie – sporo osób obiecuje sobie od nowego roku prowadzić zdrowy tryb życia. A potem wszyscy, jak jeden mąż, idą na siłownię. Umówmy się – nie każdemu do gustu ona przypadnie. Przecież można biegać, chodzić z kijkami, pocić się przed komputerem z Ewką, pływać. Nie. Ludzie chcący o siebie dbać, od nowego roku chodzą na siłownię!

No i właśnie wracam do podstawowej kwestii – nie znamy siebie. Nie staramy się dopasować ogólnie sformułowanego celu – do swoich możliwości, oczekiwań i potrzeb. A w efekcie dopada nas zniechęcenie i frustracja, bo skoro nie daliśmy rady, to coś z nami jest nie tak.

Dużo ostatnio czytam sobie o minimalizmie i wartościach. Utkwiłam mi w głowie jedna bardzo istotna myśl – zazwyczaj, także w kwestii postanowień noworocznych, skupiamy się na tym, co chcielibyśmy posiadać, a nie na tym, co chcielibyśmy czuć.

Jeśli mowa o ćwiczeniu – nie myślimy o zdrowiu i dobrym samopoczuciu, tylko o zgrabnym ciele – nieważne jak się z nim czujemy. Nie chcemy czuć się bardziej wypoczęci dzięki temu, że lepiej zorganizujemy sobie dzień pracy – chcemy punkt po punkcie zrealizować zadania wypisane na liście w naszym bullet journal, pięknie przyozdobionej kolorowymi cienkopisami.

To są nasze grzechy powszednie – mierzymy w cele, które nie są do nas dopasowane i które nie sprawiają, że pod koniec dnia czujemy się lepiej.

Dzięki tym dwóm grzechom wrzucamy na swoje plecy jeszcze jeden. Zbyt dużo od siebie wymagamy i to najczęściej na raz. I mam tutaj na myśli zarówno metaforycznych kanapowców, którzy chcą się w pięć kilometrów stać metaforycznymi maratończykami, ale też od zawsze ambitne osoby, które za cel postawiły sobie wycisnąć z siebie wszystkie soki.

Tymczasem większość nas w środku krzyczy z powodu oczekiwań, jakie sami sobie stawiamy i powtarza sobie słowa Małgorzaty Halber:

„Nie jestem selfcoachingującym się buddą na chmurce, który mówi sobie: osiągnij wewnętrzny spokój. Raczej powtarzam sobie: odpierdol się od siebie, starasz się najlepiej, jak potrafisz”.

Bo prawda jest taka, że większość z nas stara się najlepiej jak potrafi. Na miarę swojego wychowania, swoich przejść, swoich planów, swoich oczekiwań.

Każdy chciałby nosić tytuł człowieka roku, ale czasem spadają na nas takie rzeczy, że przeżycie kolejnego dnia wydaje się największym osiągnięciem.

Z noworocznych postanowień nikt nas nie rozliczy. Powinniśmy je podejmować po to, żeby lepiej się czuć, nie w celu totalnego dobicia się, bo nie wyrabiamy swoich wyśrubowanych norm, które w dodatku narzuciliśmy sobie, żeby dorównać wymaganiom pędzącego świata i móc porównywać z się z innymi.

Hej, kiedy coś postanawiasz, pomyśl sobie, jaką wartość sobie tym zapewnisz. Co będziesz czuć kładąc się spać – satysfakcję, bo skreśliłaś wszystko z listy, a może satysfakcję bo czujesz się lepiej. Robienie dla samego robienia nigdy nie ma sensu.

Odpuść sobie trochę, a łatwiej Ci będzie dotrzymać swoich postanowień i związać je ze sobą i własnym samopoczuciem, zamiast z podnoszeniem poprzeczki dla samego faktu osiągnięcia celu. Nikt za Twoje osiągnięcia nie przyzna Ci orderu. Powiem Ci więcej:

wolę sama sobie przyznać order, nawet z ziemniaka, za szczęśliwe życie i poczucie spokoju.

W tym szalonym świecie, kiedy jeden dzień potrafi wdeptać nas w podłogę, musimy mieć dla siebie więcej miłości i zrozumienia i walczyć o to, co w nas, a dopiero później o to, co dookoła.

PS Dzięki, Justyna!