Robię sobie ewidencję dobrych momentów. Zamiast pamiętnika mam szufladki w głowie, takie, do których staram się wtłoczyć nadmiar tego, co miłe, tak żeby się nie domykały.

Kiedyś mocno czekałam. Na środy (już z górki), na piątki (serial, dres i słodycze), święta, wakacje, wrzesień.

Teraz też czekam, ale w międzyczasie staram się cieszyć tym co jest. Jak człowiek nie potrafi się cieszyć z codzienności, z głupot, z drobnostek, nie ma opcji, żeby ucieszyły go kiedykolwiek wielkie rzeczy.

Bo radość polega na dostrzeganiu niuansów. Czasem nawet niewielkich, na pierwszy rzut oka niewidocznych cząstek. Pyłu.

Pęczki jemioły na tle nieba przed burzą. Świeczki i światełka po zmroku. Sierść psa po kąpaniu. Bezpieczne lądowanie. Kiedy wszyscy są razem. Maczanie chleba z masłem w jajku na miękko. Grejpfrut już obrany ze skórki. Spacer przed siebie.

Nie chcę, żeby znowu zatrzasnęła mnie pułapka niezadowolenia. Oczekiwania. Złości, że te wielkie rzeczy, to jeszcze nie teraz. Godzin bez wartości, które upłynęły tylko na wypatrywaniu, kiedy już będzie TO COŚ.

Dlatego siedzę, jem jajko, światełka się palą, fotel jest wygodny, a książka zajebiście dobra.