Mój stosunek do książek jest spolaryzowany. Albo je kocham i pochłaniam w jeden dzień, albo nienawidzę, ale i tak się z nimi męczę, bo moje wewnętrzne natręctwo nie pozwala mi ich zwrócić do biblioteki (zazwyczaj).

Na wiosnę przypadło apogeum mojego zniechęcenia do książek. Od początku roku nie udało mi się przeczytać ani jednej książki beletrystycznej, która podbiłaby moje serce.

Mój gniew wzrósł, kiedy po ostatniej stronie Fatum i Furii nie poczułam nic. Męczyłam się z tą książką do końca. Barack Obama nazwał ją najlepszą książką 2015 roku, przewijała się wielokrotnie przez moją fejsbukową tablicę, więc stwierdziłam, że na pewno musi w niej coś siedzieć.

Ostatecznie nie siedziało w niej nic, oczywiście w moim odczuciu. Maksymalnie zniechęcona postanowiłam przestać na siłę szukać dobrej książki fabularnej, a że na mojej liście tkwiło kilka reportaży, które koniecznie chciałam przeczytać (swoją drogą, o nich też było bardzo głośno na Fb), ale niekoniecznie mi się spieszyło, bo przecież reportaże są fe i fabuła ftw, zapukałam do elektronicznego katalogu biblioteki i zamówiłam pierwszą pozycję z mojej listy. I przepadłam.

Nie wiem czy zakochałabym się w reportażach mocniej, gdybym zaczęła od książek innego autora, ale zaczęłam od Filipa Springera i to była miłość od pierwszego strzału. Springer specjalizuje się w opisywaniu polskiej przestrzeni.

Tak, wiem, może to brzmieć ciężko, poza tym, nie każdego interesuje kultura, sztuka i architektura. Ale jeśli komuś wydaje się, że reportaż to gatunek w stylu: pojadę, zobaczę, a potem skrobnę książkę, to grubo się myli, o czym przekonałam się na własnej skórze.

Ten słodki czas, kiedy jedyny dylemat to ten, którą książkę wybrać. #balticsea #morze #book #filipspringer @filip_springer #księgazachwytów

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika dziewczynazodzysku.pl (@dziewczynazodzysku)

Filip Springer przy okazji składania każdej ze swoich książek, przemierza cały kraj, w poszukiwaniu obiektów, śladów historii i relacji ludzi. Jeśli nie jest w terenie, przekopuje tony dokumentów w archiwach i bibliotekach, o których istnieniu większość ludzi nie ma nawet zielonego pojęcia. Okej, ale umówmy się.

Przeciętnego czytelnika nic to nie obchodzi. Dostaje gotową książkę i interesuje go tylko i wyłącznie to, co trzyma w rękach. Tutaj jest równie bajecznie. W dodatku język Springera nie jest skomplikowany, ale pełen aluzji i nawiązań. Kocham takie smaczki! 

Za sobą mam już Wannę z kolumnadą, 13 pięter i Księgę Zachwytów. Zostawiam wam link do profilu fb autora – uwielbiam jego spostrzeżenia dotyczące codzienności i zdjęcia zakamarków Polski – czasem pokazujące jej piękno, kiedy indziej – skrajną brzydotę.

Pozostając w tematyce sztuki, po Springerze bardzo szybko zetknęłam się z Marcinem Wichą i jego książką Jak przestałem kochać design. Przejeździła ze mną autobusem cały wrzesień i pomogła nie przespać mojego przystanku. Nie mogłabym ominąć tej pozycji, szczególnie, że Wicha cytuje Springera i równie mocno jak on jest wrażliwy na brzydotę przestrzeni, w której na co dzień żyjemy.

Ach! No i zabawa w okładkę książki, w którą Wicha bawi się z czytelnikiem! Przepysznie!

Język literacki Wichy, podobnie jak Springera, jest miodem na moje szare komórki. Mam nadzieję, że przez to pochłanianie ich pisarstwa choć trochę z ich stylu zostaje mi w głowie i będzie widoczne w moich tekstach.

Teraz natomiast jestem przy Ilonie Wiśniewskiej i jej bardzo znanej książce: Hen. Na północy Norwegii. Autorka snuje historię z punktu widzenia mieszkanki ziemi, o której pisze. Zna ją więc doskonale w teorii, łącznie z jej skomplikowaną historią, jednak nigdy nie będzie swoja dla tubylców, musi zdobywać ich zaufanie. Tak jak w poprzednich pozycjach, język, którym posługuje się autorka staje się jej cechą charakterystyczną, wyróżniającą ją z tłumu pisarzy młodego pokolenia.

Design znajdował się w obszarach moich zainteresowań od dawna, jednak tak mocno dopiero od momentu zetknięcia się z Wichą i Springerem. Temat ludności północnej Norwegii nie zajmował mnie w ogóle, a zafascynował, kiedy zaczęła opowiadać mi o niej Ilona Wiśniewska.

Reportaże sprawiają, że poznaję świat.

Świat prawdziwy, namacalny, który istnieje naprawdę za moimi drzwiami. Dzięki reportażom czuję, że uczę się więcej poznając jakiś kawałek rzeczywistości dzięki autorowi, niż spędzając rok szkolny na lekcjach historii albo geografii. Lekcje sztuki to fikcja, niestety.

Ten gatunek zawiera w sobie gimnastykę dla mózgu, za którą lubię beletrystykę, historie ludzi z krwi i kości, ich zachowania, przyzwyczajenia i kulturę (obserwacja ludzi zajmuje mi większość życia, myślenia i pisania), a także rzetelną dawkę wiedzy z dowolnej dziedziny, po którą bez zewnętrznej mobilizacji pewnie bym nie sięgnęła. W reportażu jednak, jest ona podana w takiej formie, że po zamknięciu tylnej okładki mam ochotę pogłębiać swoją wiedzę w tym temacie na własny rachunek.

Nie spinam się już w poszukiwaniu fabuły, która mnie wciągnie i jednocześnie przemówi do mnie w pięknym stylu (Miłoszewski for Life). Czytam sobie w spokoju reportaże, gdzieś tam w tyle serduszka czekając na wielkie fabularne bum.

W tym roku już za mną i mocno polecam:

1. Marta Abramowicz, Zakonnice Odchodzą po cichu

2. Yeonmi park, Przeżyć. Droga dziewczyny z Korei Północnej do wolności [tutaj o niej pisałam]

3. Marcin Wicha, Jak przestałem kochać design

4. Filip Springer, Wanna z kolumnadą, 13 pięter, Księga Zachwytów

5. Konrad Kruczkowski – autor bloga Halo.Ziemia, Halo.Tato: historie o ojcostwie – autor bloga Halo.Ziemia; cykl reportaży będzie zakończony wydaniem książki

*Ilona Wiśniewska, Hen. Na północy Norwegii


Jakie czytadło sprawiło ostatnio, że pojawiły się u Ciebie motylki w żołądku? Daj koniecznie znać w komentarzu, może przyczynisz się do przełomu w moim książkowym życiu! :)

  • Karolina Łuszczyńska

    A mi się bardzo podobało „Fatum i furia”. Bardzo trafiło w nastrój jaki w miałam.

    • Dla mnie ta książka była bardzo o niczym. Ta historia nie trzymała mi się kupy :(.

  • Mój ukochany stary dobry reportaż <3