Z pobłażaniem i przyzwyczajeniem podchodzi się do osób, które mówią, że są perfekcjonistami. Oczami wyobraźni widzimy obrus rozkładany od linijki, tak aby z każdej strony stołu zwisało go tyle samo i używanie kolorowych zakreślaczy w kalendarzu z idealnie rozpisanymi obowiązkami na każdy dzień.

Ale powiem Wam – to jest piekło wybrukowane czymś więcej niż zakreślacze Stabilo i plamoodporne obrusy.

Drażniące uczucie utraty kontroli, sypania się klocków jeden po drugim, chaos pożerający całą sytuację do cna.

Perfekcjonizm to niedopuszczanie do siebie myśli, że może być inaczej niż sobie zaplanowałaś. Dla mnie jest przejawem wewnętrznego przumusu kontrolowania wszystkiego.

Podczas terapii zostałam złapana na tym, że wpisuję odpoczynek na listę rzeczy do zrobienia. Na początku pomyślałam sobie, że przecież nie ma się czego czepiać, w końcu uwielbiam robić listy i najlepiej realizuje mi się plan skreślając zadania z żołtego post-it czarnym cienkopisem albo ołówkiem.

Chyba czujecie, że to zdanie brzmi patologicznie, prawda?

Perfekcjonizm atakuje niewinnie – przecież świetnie jest robić wszystko na sto procent, nie? Tylko potem budzicie się kilkanaście lat później, zdając sobie sprawę, że każdą porażkę odczuwacie bardzo personalnie i nie patrzycie na nią w kategorii lekcji, z której można wyciągnąć wnioski na przyszłość, bo przecież każdy ma prawo do błędów i wszyscy uczymy się całe życie.

Czujecie się, jakbyście same sobie wbiły najostrzejszy nóż w plecy, taki prosto z ostrzenia, bo przecież to Wasza wina. WINA. Nie dałyście rady, poległyście, plan nie był jednak taki perfekcyjny, jak mogło się wydawać.

Wyszedł Wam zakalec, a przepis miał podobno wychodzić zawsze? Butelka wody w torebce zalazła portfel i książkę z biblioteki? Nie udało się skreślić całej listy? Sprawdźmy rozkład jazdy pociągów i zlokalizumy najbliższe tory.

Samej trudno mi przyznać, że to nie jest normalne. Karanie siebie za to, że coś wyszło nie tak, jest wbrew zasadom rządzącym światem. Bo mimo wszystko życie jest działaniem, a nie wyścigiem nastawionym na bycie pierwszym w każdym punkcie pomiaru czasu. Te słowa przechodzą mi przez klawiaturę z trudem.

Mnie, osobie, dla której słowo „porażka” brzmi gorzej niż „piekło” i „śmierć”. Ale wiem, że to ze mnie nie zniknie, jeśli dam temu przekonaniu regularnie dochodzić do głosu. Będę tracić humor z powodu maila z poprawkami i mięśni rozciągniętych wciąż nie na tyle, żeby nie być jedyną na sali, która nie wyciągnie nogi w psie irytucjąco wysoko.

Nie sprzedam Wam na lewo recepty na specyfik, najlepiej do kupienia od ręki. Najpierw trzeba się przyznać przed samą sobą, że perfekcjonizm zamiast zwiększać poziom zadowolenia z życia, tylko go obniża. Tak w ogóle, to nie podoba mi się to słowo. A gdzie podziało się „dobrze”? Czy dobrze nie dba o szczegóły? Czy nie daje satysfakcji?

Daje, ale skąpi nam właściwego tylko byciu perfekcyjnym poczucia dążenia do najlepsiejszości. „Dobrze” znaczy dla nas „przeciętnie”, czyli tak, jak wszyscy, a przecież „perfekcyjnie”, to tak wspaniale, na świadectwo z paskiem, pochwałę przy całej klasie i poczucie wyjątkowości.

Tylko co nam po tym poczuciu wyjątkowości, jeśli płacimy za nie stresem, łzami, roztrzęsionym żołądkiem i obawą o to, co będzie, jeśli coś pójdzie nie tak.

Nie jest mi z tym dobrze, ani łatwo, ani też przyjemnie, ale w gruncie rzeczy dochodzę do tego, że to wszystko jest tylko kwestią nazwy, jednego słowa. Nie mogę robić wszystkiego po staremu, tylko z przyzwoleniem na naukę płynącą z porażki, bez stososwania nazwy na p?

No pewnie, że mogę. Wierzę, że najciężej jest tylko zacząć.

  • Marta K.

    Jakbym czytała o sobie! Czasem wolę nawet nie rozpoczynać działania, bo gdy coś nie wyjdzie DOKŁADNIE tak, jak sobie zaplanowałam czuję się zawiedziona i winna. Myślę, że perfekcjoniści są sami dla siebie największym wrogiem. Staram się nad tym pracować, ale często się zniechęcam, bo nie widzę efektów tak szybko i tak dużych, jakbym chciała (i sobie zaplanowałam). W ten sposób koło się zamyka…

    • I dokąd nas to prowadzi? Nie rozpoczynać działania w obawie o porażkę – najgorsze, co możemy sobie zafundować. A perfekcjonista nl huba nigdy nie zauważy rezultatów.

      • Marta K.

        Dlatego chyba nie pozostaje nam nic innego, jak metoda małych kroczków i docenianie małych sukcesów.