To już ten moment. Kiedy przez dłuższy czas działam na automacie, wpadam w tę okropną wersję rutyny, wychodzę rano, wracam wieczorem i nie mam już siły na nic ambitnego ponad czytanie książki na półśpiąco w autobusie powrotnym. Nie mam nawet siły na bycie złośliwą, co w moim przypadku jest papierkiem lakmusowym.

Tracę zapał, staję się nerwowa i drażliwa, a jednocześnie apatyczna. Chociaż do stacji jest już bardzo blisko, jestem przekonana, że na rezerwie pokonałam już jakiś tysiąc kilometrów.

Zaczynam wpadać w panikę przy spisywaniu listy zadań, przy czekaniu na kuriera. Pesymistyczne myśli przychodzą bez zapowiedzi, robią bałagan i siadają spokojnie na kanapie.

I znowu częściej niż zwykle myślę, że nie dam rady i nic mi nie wyjdzie, chociaż nie mam przynajmniej ocierających się o prawdę podstaw.

Spokojnie patrzę na to, że światu kruszą się kolejne kawałki, jakby to były okruszki z sernika.

Męczy mnie wszystko, nawet Netflix.

Chciałabym, żebyśmy umiały o siebie dbać. Odpoczywać, nie brać na siebie za dużo, odpuszczać. I nie myśleć wtedy o sobie, że jesteśmy słabe i że przesadzamy, bo inni pracują po 12 godzin i żyją. Komfort psychiczny napędza wszystko, co dobre i nie wolno nam sobie go odebrać, nawet gdyby inni odbierali go sobie nagminnie.

Za bardzo niedługo wyjeżdżam i pierwszy raz postanawiam nie planować. Ile książek przeczytam, czy będę ćwiczyć, czy będę jeść, czy będę miała ochotę iść na spacer. Totalne i pełne słuchanie siebie. Wiemy, czego nam potrzeba, ale za rzadko słuchamy samych siebie.