Nikt nie lubi zapeszać. Nie chwalimy się przed faktem, za wcześnie, zbyt pochopnie. Po co. W końcu nikt nie chce potem odkręcania, tłumaczenia, że jednak nie, nie tak, jak miało być.

Nie jest to coś niezrozumiałego. Nasza niechęć do rozczarowań poprzedzonym aplauzem otoczenia jest więcej niż zrozumiała.

Wolimy cieszyć się, kiedy coś jest pewne, potwierdzone i uwieńczone naszym poczuciem, że nikt nam tego nie zabierze.

Ale jednak jest coś jeszcze. Czai się, wydaje częścią taktyki niezapeszania, stwarza pozory standardu i normalności. Zero radości.

Bo skoro lepiej nie dzielić się szczęściem ze światem, to także lepiej nie rozwijać go w nas samych. Jeśli zaczniemy się cieszyć, coś na pewno się zepsuje. Jakbyśmy nie mieli prawa bycia szczęśliwymi do czasu, aż wszystko będzie na pewno stabilne.

Po pierwsze – nie będzie nigdy. Coś złego może stać się zawsze i, doprawdy, los nie ocenia komu należy dać po tyłku na podstawie tego, czy uśmiechnął się sam do siebie na myśl o tym, że ma fajne życie, miłych ludzi dookoła i własny kąt.

Nie ciesząc się tu i teraz, sami zabieramy sobie miłe bieżące życie, drżymy na samą myśl o przyszłości i źle się na nią nastawiamy. A wiecie – samospełniające się przepowiednie nie śpią.

Na jakość naszego życia nie wpływa tylko to, co się w nim dzieje, ale też to, jak te wydarzenia postrzegamy. Możemy robić najlepsze rzeczy na świecie (na przykład smyrać leniwce po brzuchu), a odbierać sobie płynącą z tego przyjemność naszym strachem przed tym, że możemy to stracić.

Na niektóre rzeczy w życiu nie można się przygotować, a jeśli można, to na pewno nie zamartwianiem o to, że nasze codzienne uśmiechy mogą coś popsuć

Gdyby życie gratyfikowało tych, którzy boją się cieszyć życiem żeby nie zapeszać przyszłości, optymiści nie mieliby w życiu lepiej. A bez wątpienia mają.

Radość z życia to nie zbrodnia.