Wielokrotnie pisałam, że niczego nie żałuję. Ale okazuje się, że są takie momenty, w których ocieram się, tak delikatnie, jak ramieniem w sklepie o osobę stojącą przed mną w kolejce, o żal.

Żałuję latem, bo to w wakacje kupowało się bułki, takie z przedziałkiem, brudzące ręce i nos mąką, smarowało masłem 82%, obkładało świeżą szynką, a do pudełeczka kroiło w słupki ogórka i pomidora w ćwiartki, wszystko to na koniec soląc. Do tego pakowało się butelkę wody i sprite, ręczniki, natomiast strój ubierało się już na siebie.

Wszyscy przecież dobrze wiemy, że przebieranie się pod ręcznikiem już na miejscu, nie należy do najłatwiejszych.

A potem w drogę na piechotę, bo to nie były czasy samochodu na każdego członka rodziny.

Nieprawda, że wtedy nie było telefonów i komputerów. Nikt się nimi tak mocno nie przejmował. O wiele większe przywiązanie łączyło nas z dmuchanym krokodylem, który przy każdej próbie wskoczenia mu na grzbiet, wysuwał się z rąk, powodując krótkie zanurzenia pod wodą, obarczone wysokim ryzykiem napicia się chlorowanej wody kąpieliska miejskiego.

Pod koniec dnia szliśmy na podłe hamburgery, ale przecież wtedy papierowy kwadracik z napisem „hamburger” znaczył tyle samo, co dzisiaj kubek ze Starbucksa.

Teraz mogę kupić sobie tani lot w którąkolwiek stronę świata. Mogę nawet iść na hamburgera za nieprzyzwoite pieniądze, z truflami i w bułce ze złota.

A ja chciałabym bułkę z przedziałkiem, ubrudzić sobie nią nos, pić sprite z butelki, przecierać ręką i podawać następnemu w kolejce. I podłą musztardę, która z pseudokotleta wycieknie mi na stopę. A krokodyl nie musi być nawet krokodylem, może być zwykłym dmuchanym kółkiem, nawet pływaczkami.

Ale tylko tak trochę jestem bliska tego żalu. Tyle, co otarcie ramieniem w sklepie o osobę stojącą przede mną w kolejce.

Chociaż kiedyś zdarzyło mi się potknąć i na tę osobę przede mną wpaść.

Przypadkiem przecież.


PS Mówiłam o tym, że idzie nowe, prawda? Tak więc pierwszy krok – zapraszam tutaj.