Prawie rok temu napisałam swój pierwszy tekst o minimalizmie. Pisałam wtedy, że czuję się o wiele lepiej i „przestałam tracić pieniądze i czas – czas poświęcany na bezsensowne zakupy albo na powtarzanie w kółko, że tego jeszcze mi, do szczęścia tu i teraz, brakuje”.

Ujmę to tak – od tamtego tekstu minęło sporo czasu i przyszła do mnie jedna gorzka refleksja. Tak naprawdę wpadłam w uzależnienie od rzeczy. Bo owszem, choć nie kupuję byle czego, to chodzę po sklepach (najczęściej internetowych), oglądam i aż swędzą mnie paluszki na myśl o znalezieniu idealnego łupu.

Obiad instafriendly 😍 #vscosilesia #vzcosilesia #żurownia #kato #katowice

Post udostępniony przez dziewczynazodzysku.pl (@dziewczynazodzysku)

Zachwycam się też przedmiotami posiadanymi przez innych ludzi i dopisuję je na listę marzeń, bo przecież „naprawdę ich chcę, są przemyślane i będą sprawiały mi radość”.

Po świętach trafiła do moich rąk książka Katarzyny Kędzierskiej, autorki bloga Simplicite – „Chcieć mnie”. I wiecie co? Zaczęłam chcieć chcieć mniej.

Zdałam sobie sprawę, jak mocno swoje zadowolenie uzależniam od rzeczy. I, owszem, robiłam przemyślane zakupy, nie przepuszczałam pieniędzy na byle co, ale mimo wszystko nadal rzeczy zapewniały mi konkretne wartości – zadowolenie, szacunek, poczucie bezpieczeństwa. Nie potrafiłam ich uzyskać w inny sposób.

Jak pisze Kasia „w minimalizmie – niezależnie od tego, czy przełożymy to na rzeczy materialne, czy niematerialne – chodzi o eliminację z życia tego, co zbędne, i zrobienie miejsca dla tego, co bardziej wartościowe, wybrane świadomie”. Osobiście wolę czuć się dobrze niż kupować kolejną szminkę, chociaż ciężko przychodzi mi to przez usta.

Wydaje nam się chyba, że szczęście jakoś znajdzie się samo. Że nie trzeba nad nim pracować. A przecież żeby mieć piękne czerwone usta, trzeba przyłożyć kartę do terminala, wrócić do domu i cieszyć się upragnioną zdobyczą.

Komuś się tu ewidentnie urwało ucho.

Post udostępniony przez dziewczynazodzysku.pl (@dziewczynazodzysku)

Uderzyło mnie to, ile swojej energii tracę na zastanawianie się, czego mi jeszcze brakuje, co chciałabym mieć, w jakim kolorze, kiedy i czy uda mi się to mieć w najbliższym czasie. To jak się czuję, z kim chcę spędzać wolny czas, kiedy czuję się spokojna, biegło gdzieś obok i co jakiś czas rozbijało się o falę rozczarowania.

Zniknęło mi z oczu najważniejsze.

Wiecie, ja nadal chciałabym mieć samochód, mieszkanie i wyjechać na miesiąc na Kostarykę. Ale jeśli to wszystko się kiedyś wydarzy, a ja będę smutna i niepogodzona z sobą, co mi po tym?

Inwestycja w siebie jest długoterminowa. W to, co kupujemy, krótkoterminowa.

Tymczasem sama ze sobą nie potrafiłam dojść do ładu. Ciągle czułam (czuję, bo nie da się pozbyć takiego sposobu myślenia rewolucyjnie) się winna, że robię za mało, jestem niewystarczająca i za mało zmęczona.

„Był czas, gdy czułam się jak organizatorka własnego życia. Zamiast cieszyć się jego pięknem, nieustannie planowałam sobie pracę, czas wolny i przyszłość. ,,(…)Byłam pogrążona w organizatorskiej gonitwie i wciągałam w to najbliższych”.

Realizowałam nie zawsze własne ambicje i wciąż dokładałam sobie obowiązków. „(…)Nie miałam wyznaczonych priorytetów, każda rzecz była dla mnie równie ważna (…)”.

Stale nie miałam czasu. Byłam sfrustrowaną i zagonioną niewolnicą ambicji i nieskończonych możliwości wyboru. Nie potrafiłam odmawiać” – pod słowami Kasi mogę się podpisać obiema rękami.

Robiłam wiele rzeczy, żeby w oczach innych być fajną. Pracowitą, ogarniętą, multitaskingującą. A czułam się przy tym jak mały kurczak wyrzucony z kurnika na mróz.

Rzeczy nieperfekcyjne zwykłam nazywać fuszerkami. Teraz sobie przypominam, że nawet w szkole nie mogłam zadowolić się czwórką. 4  – db – robisz coś dobrze. Średnia 4,0 brzmi trochę jak najgorszy koszmar, a przecież pokazuje, że robisz coś dobrze. W porządku. Okej.

Ładnie! #vzcosilesia #vscosilesia #birds #sky #clouds #december

Post udostępniony przez dziewczynazodzysku.pl (@dziewczynazodzysku)

„Odkrycie osobistych wartości dzięki minimalizmowi nadało mojemu życiu sens. Zrozumiałam, że zamiast dążyć do czegoś wybitnego i nadzwyczajnego, lepiej jest skupić się na rzeczach sensownych i wartościowych. Aby tak działać, wcale nie trzeba być najlepszym na świecie czy posiadać unikalnych talentów, wystarczy robić to dobrze”.

Od kiedy powiedziałam to sobie samej, wierzcie, albo nie, ale moje podejście do życia diametralnie się zmieniło, bo przecież „mówiąc komuś lub czemuś „tak”, zawsze mówisz też „nie”, niestety, najczęściej sobie”. Przecież mogę podążać za schematem, wybierać wartości i zajęcia „powszechnie” poważane, ale czy daje mi to szczęście?

Przecież od zawsze mówię sobie, że w życiu chodzi przede wszystkim o to, żeby być szczęśliwym. A bycie szczęśliwym polega na porządku w rachunku hedonistycznym – minimum trosk, maksimum szczęścia. Nie wszystko w naszym życiu musi nam się podobać, ale możemy zmniejszać ilość takich rzeczy.

Jest jeszcze jedna kwestia:

„Żyjemy w świecie, w którym głośne przyznanie się do poświęcania swojego cennego czasu na leniuchowanie nie jest zbyt dobrze widziane. Panuje kult doskonalenia się. Społeczeństwo wysoko ocenia dokształcanie się, rozwój osobisty i sięganie po mistrzostwo w swych pasjach. (…)Nie wystarczy czytać zwykłych powieści, należy sięgać po coś rozwijającego. (…)Współcześnie trzeba robić coś, nawet jeśli ma się ochotę nie robić nic”.

Pomyślałam: kurde, Judyta, za czym gonisz? Komu chcesz udowodnić, że jesteś wystarczająco dobra? Żyj po swojemu, bo tylko Ty sama wiesz, co jest dla Ciebie najlepsze.

Staram się nie skupiać tak mocno na rzeczach. Lubię je i nabywam nadal, ale staram się silniej skupiać na sobie niż na nich. Najważniejsze dla mnie jest teraz czuć się dobrze. Nie wezmę dodatkowego zlecenia, jeśli w tym czasie mam ochotę poczytać książkę. Albo wezmę, jeśli zbieram na Kostarykę. Ale już nie chce szarpać się o rzeczy. Chce walczyć o siebie i wartościowy czas na miłe życie.

Jest mi lżej.