To jest takie mistyczne miejsce, które zaczyna się uwypuklać w okresie dojrzewania. Boczki pączkują z bioder, które zaczynają nas denerwować, bo jeśli to ma być to dojrzewanie, to ja bardzo dziękuję. Jestem typową klepsydrą. Figurą idealną.

Przez 90% swojego dotychczasowego życia nienawidziłam tej zdradzieckiej klepsydry. Nie mogłam być jabłkiem albo gruszką? Każdy owoc byłby lepszy niż klepsydra. A w dodatku jedyne, co się we mnie przesypywało to złość.

Lubiłam sobie patrzeć na dziewczyny o chłopięcej budowie, które super wyglądają w boyfriendach i oversize’owej koszulce, nie muszą toczyć bitew o pasujący stanik, ani nie mają problemu, że coś jest dobre w biodrach i w biuście, a kpiąco odstaje w talii i śmieje Ci się w twarz z lustra idiotycznie oświetlonej przymierzalni. Dodatkowo wszystkie lustra, w które patrzyłam, zawsze były krzywe.

Raz widziałam szczupłe długie nogi, raz dwa dęby bartki, ścięte, nieociosane, świeżo przywiezione z lasu. Zaryzykuję stwierdzenie, że każda z nas ma kilka par nóg.

Kilka biustów, kilka brzuchów, a twarzy kilkanaście. W zależności od nastroju, życiowych wypadków i ludzi, wybieramy sobie inny zestaw z nieskończonej kombinacji. A wiecie, że każda z nas zna magiczną sztuczkę, której nie da się racjonalnie wyjaśnić, w przeciwieństwie do tych wszystkich karcianych hokus-pokus?

Rano jesteśmy szczupłe, wieczorem grube. Albo odwrotnie. Zastanawiam się, czy nie zacząć dawać występów – jest potencjał na prawdziwy hit.

Jestem szczupła, więc inna dziewczyna może mi powiedzieć, że ja nie mam problemu, a ona tak. Odnoszę jednak wrażenie, że w przypadku patrzenia na siebie przez aberrujący filtr, nie ma znaczenia, co widzisz po wejściu na wagę. Filtr wypaczy każdą.

Nie mam pojęcia, jak czują się osoby z zaburzeniami odżywiania, ponieważ nigdy ich nie miałam. Zdarzało mi się jeść za mało, ale jednak nadal jadłam i nigdy nie miałam niedowagi. Wiem, że akceptacja własnego ciała potrafi być drogą przez mękę i mało która z nas skręca w inną stronę i nie musi jej pokonywać.

Mnie w akceptowaniu samej siebie pomagają głównie dwie rzeczy.

JEM

Jem to, co sprawia, że czuję się dobrze. Nie mogę powiedzieć, że w pełni zdrowo, bo w piątek wieczorem zjadałam jedną trzecią opakowania lodów orzechowych i snickersa. Po prostu tak, żeby czuć się dobrze i jeść smaczne rzeczy, a te smaczne, ale bardzo szkodliwe – trochę rzadziej.

ĆWICZĘ

Tak, jak mam na to ochotę. Moją motywacją nie było moje ciało, tylko moje zdrowie. Ruszam się, bo sprawia mi to przyjemność, daje satysfakcję i dobre samopoczucie. Kiedy przestałam się skupiać na tym, ile kalorii spalam na jednym treningu i czy urosły mi pośladki, czuję się trylion razy lepiej ze swoim ciałem. Nie zadręczam się. Może i ślimaczę na 5 kilometrów, ale daje mi to radość i głowę niezestresowaną tym, czy za miesiąc będę biec szybciej. I oczywiście – brak stresu.

Odkąd te dwie rzeczy robię z przyjemnością, a nie z wyrzutami sumienia, już nie chwytam się namiętnie za boczki żeby sprawdzić, ile centymetrów tłuszczu na nich zalega. I nie wiem, czy dzięki jedzeniu i sportowi naprawdę lepiej wyglądam, ale tak się czuję. Jest jeszcze trzecia rzecz:

ODPUSZCZAM

Mam jedno ciało. Mogę katować się dietami, budować brzuch, pośladki (team płaskodupie!), a w końcu zabraknie mi czasu na cieszenie się życiem. Cieszenie prawdziwym jedzeniem bez liczenia białek, węgli i tłuszczów. Zabraknie też na endorfiny po przebiegnięciu mety – przecież trzeba szybko zobaczyć, czy Endomondo wybiło tyle kalorii, ile miał popołudniowy twix.

I denerwuje mnie, kiedy powtarzam samej sobie, że teraz dyspenza, a potem wrócimy do marcheweczek. A w międzyczasie rozjedzie mnie tramwaj. Jedzenie to przyjemność, tylko trzeba sobie ją umiejętnie dawkować – na co dzień, regularnie, nie od cheat-święta.

Mogę się kłócić ze sobą, ale to jest ciało, które akurat posiadam. Lubi ciastka i lubi biegać. Ma rozstępy i chude kostki, ale chyba już mnie to nie boli. Pewnie jeszcze nie raz skrzywię się na swój widok, ale co to zmieni. Chyba już wiem, że ciało to ja, integralna część mnie, a nie plastelina, z której można ulepić cokolwiek się chce, bez uszczerbku na reszcie – jedzeniu, szczęściu i normalnym życiu.

  • Jo Ma

    Ja bije rekordy wbijania sobie, że jestem gruba i ociekająca tłuszczem. Wcześniej chodziłam na siłownię i dużo trenowałam. Odpuściłam tymczasowo – bo zabrakło mi czasu i siły psychicznej, bo wracając wymęczona po pracy, najchętniej stoję 30 min pod prysznicem. Także namiętnie wyzywam się od tłuściocha, cellulitowego brzydactwa i innych. Takie rozmowy ze swoją głową.

    • To czym prędzej z tym skończ ;) Albo chodzisz na siłownię, albo nie, ale nie może być miejsca na takie odżywki względem samej siebie, bo to zdecydowanie nie jest motywujące do niczego.

  • Ja tez podobnie podchodzę do wielu spraw – jeśli się dobrze czuję to to robię i tyle. Ta mądrość przyszła mi z biegiem lat. Niestety wcześniej moda i opinia otoczenia bardzo wpływała na moje podejście do życia. Na szczęście postanowiłam się od tego uwolnic i w końcu jestem szczęśliwa 😊 .

    • Ale jakie to jest trudne! Chociaż tak, jak mówisz – w większości przypadków to chyba przychodzi z biegiem lat, w momencie, kiedy człowiek uczy się inaczej podchodzić do pewnych kwestii.