Daje pani jakiś miesiąc życia.

Co by Ci przyszło do głowy po takiej diagnozie? No może nie w pierwszym odruchu, ale w kolejnym? Pozwól mi zgadnąć.

Jedna z błękitnych lagun w Tajlandii, Paryż, albo Giewont. Skok ze spadochronem, zjazd na poręczy, ubranie krótkich spodenek. Kilka przepraszam, które jakoś do tej pory nie potrafiły przejść przez gardło. Kilka kocham Cię, grzęznących gdzieś między słowami kompletnie bez znaczenia.

Wszystkie nie wypada, jestem za stara/młoda/gruba/chuda/głupia/brzydka/nieśmiała, co powiedzą inni.

Miesiąc to nie jest zbyt dużo. Mija szybko kiedy masz całe wolne wakacje, jeszcze szybciej, kiedy pracujesz.

Uwiera mnie mocno odkładanie wszystkiego do punktu krytycznego. Punkt krytyczny to może być uderzająca po oczach diagnoza dotycząca Ciebie lub kogoś bliskiego albo jakieś zupełnie inne przełomowe wydarzenie w Twoim życiu. Smutny obrazek w telewizji. 

Nagle stwierdzasz, że życie jest piękne, jedno i należy z niego korzystać. A potem znów dajesz się przywalić lawinie prozy życia.

Wiele konwenansów kulturowych sprawia, że przenieśliśmy się o poziom wyżej niż zwierzęta, tworząc sprawnie funkcjonujące społeczeństwa. Tylko w którymś momencie posunęliśmy się za daleko w naszej chęci kontrolowania życia.

Daliśmy sobie bana na spontaniczność. I tu powrót do zwierząt, bo nigdy nie widziałam, żeby ktoś  cieszył się na mój widok tak mocno, jak mój pies. Co prawda prysznic bierze własnym językiem, ale umiejętność cieszenia się ma opanowaną do perfekcji.

Zabroniliśmy sobie wystawać poza normy, w które najpierw przez lata sami się powciskaliśmy. Kiedy wystajemy jak koszula ze spodni, musimy natychmiast się poprawić, wygładzić i przystosować.

Nie możemy, na przykład, podrygiwać sobie całym ciałem (nie powiem tańczyć, bo wpadniemy wszyscy w przerażenie na samo wyobrażenie) słuchając na mieście muzyki przez słuchawki.

Nie możemy też wybrać innego życia, tkwimy w nielubianej pracy, kończymy znienawidzone studia. Bo zawsze znajdzie się jakiś powód. Bardzo racjonalny, ale być może równie mocno uwierający. Uwierający i drapiący jak te długie metki w ciuchach zary, które mało kto obcina. A szkoda, bo jeśli coś uwiera i drapie, należy to odciąć.

Jasne, przemęczysz się, ale jakim kosztem?

Jesteśmy zbyt odporni. Zniesiemy wszystko, damy radę, zaaklimatyzujemy się nawet w ciasnym życiu którego nie lubimy. Złożymy nogi i ręce, żeby zmieścić się do niewygodnej skrzyni, zaakceptujemy ludzi, którzy przywiązują nam regularnie kamień do szyi i rzucają na głęboką wodę cierpliwości.

Będziemy oszczędzać na kredyt – wszyscy teraz mają swoje mieszkania, chociaż od zawsze marzyła nam się huśtawka nad oceanem i sączenie pinacolady z oszronionej szklanki. Albo mały domek na wsi, który wszyscy odradzają, ale ty wiesz swoje.

Za łatwo się poddajemy. Za łatwo zapominamy o tym, czego tak naprawdę chcemy. Zbyt szybko idziemy z życiem na kompromisy.

I zbyt często boimy się opinii.

Nie chcę prawić morałów. Nie czuję się kompetentna, bo jestem pierwszą osobą, która nadal daje się przytłaczać tym lawinom. Cudzych spojrzeń, słów, własnych uprzedzeń, przekonań i słabości.

Nigdy nie doradzę nikomu, że ma rzucić pracę i wyjechać w Bieszczady. Historie o ludziach, którzy rzucili korpo żeby hodować lamy i bio rzodkiewki są super, ale na mnie już, na szczęście, nie działają.

Teraz wiem, że

niektóre zmiany na lepsze wymagają czasu

Niektóre można wdrożyć tu i teraz, na przykład – częściej się ciesz. Ale ciężko wyjechać na bali albo kupić porsche, kiedy zarabiasz tysiąc złotych, z czego 600 płacisz za wodę, prąd i gaz. Na tym etapie możesz za to pilnować swoich marzeń. Żeby nie uleciały. I nie poddawać się. Trudne, wiem, ale realne.

Nie umiem tańczyć na przystankach autobusowych, nie umiem przestać sobie żałować wielu rzeczy. Nie jestem mistrzem w naprawianiu relacji. Czuję się głupio, kiedy mam ochotę na bycie spontaniczną i szczerą. Nadal z uporem maniaka chciałabym kontrolować myśli innych ludzi na mój temat.

Ale wiem, że życie nie poczeka. Niczyje życie nie poczeka. Możemy pozwalać się drapać i nas uwierać albo zamiast tego, dawać sobie trochę oddechu potrzebnego do życia, którego tak naprawdę dla siebie chcemy.

Na czytanie tego tekstu poświęciłaś jakieś 5 minut swojego życia. Na co poświęcisz kolejnych 5?

  • Kiedyś tańczyłam w deszczu. Zanim zaczął mnie hamować strach przed czyimiś opiniami.
    Ostatnio postanowiłam małymi kroczkami dążyć do spełnienia marzeń. Tu grosz, tam grosz, w końcu się uzbiera na Machu Picchu :)

    • Super! Lepiej małe kroki niż stanie w miejscu. Kiedy Ty tańczysz, pomyśl, że ja skaczę po kałużach. Będzie raźniej :)