Trochę mam żal do życia, bo nie jest takie, jakbym chciała. Daje mi słońce bez cienia, śnieg bez szalika, szczęście z drzazgą w pakiecie, ciasto bez widelczyka.

Ja wiem, wiem. Ciasto można ręką. Drzazgę wyjąć pęsetą. Na słońcu usmażyć jajko, a śniegiem nacierać się dla odporności.

Ale chwilowo nie chcę. Nie chce mi się podstawiać wiadra, kiedy kapie mi na głowę. Pozwalam kapać i pozwalam czarze goryczy się przelewać.

Jest tyle rzeczy, których nie potrafię zrozumieć. I tyle, których nie umiem zaakceptować, chociaż dobrze wiem, że inne wyjście się nie pojawi.

I już samam nie wiem, czy to wszystko, co obejmuję i czego obejmować nie daję rady, bardziej mnie smuci, szokuje, czy truje. To chyba eliksir rozczarowania w proporcji 1:1:1.

Najgorsze jest to, że dokładnie wiem jak sobie z tym poradzić. Ale na kartkówce z deklinacji też niby wiedziałam, a wyszłam z tróją. Chociaż chyba teraz umiem na piątkę. Tylko chyba jej nie chcę.

Trochę mam żal do życia, bo nie jest takie, jakbym chciała. To przecież nie tak działa, prawda? You can’t always get what you want. Zawsze może być gorzej.

Chyba teraz nie chcę sobie radzić. Nie chcę być dzielna i powtarzać, że życie jest piękne, chociaż niesprawiedliwe. Pewnie wkrótce mi przejdzie. Ale teraz herbata z imbirem, kołdra, pilot i łzawo w słuchawkach. Teraz tego chcę.